Być obecnym
Treść
O rozmowę na temat nowych wyzwań, przed jakimi stoi w tym roku francuski Kościół katolicki, poprosiliśmy JE ks. bp. Pierre'a Picana, ordynariusza diecezji Bayeux-Lisieux, członka Rady ds. Ekonomicznych, Społecznych i Prawnych Konferencji Episkopatu Francji.
W minionym roku przypadła 100. rocznica uchwalenia ustawy o rozdziale Kościoła od państwa. Kilka dni temu Ojciec Święty Benedykt XVI, przyjmując nowego ambasadora francuskiego w Watykanie, skrytykował realizację tego prawa, mającą tendencję do eliminowania religii z życia społecznego. Czy zdaniem Ekscelencji istnieje potrzeba modyfikacji 100-letniego już prawa?
- Episkopat Francji stoi na stanowisku, że nie ma potrzeby literalnej modyfikacji ustawy. Pozostaje kwestia wpływu katolików na całokształt życia społeczno-politycznego kraju. Jan Paweł II w liście skierowanym do Episkopatu Francji stwierdził, że powinniśmy zdecydowanie zwiększyć naszą katolicką obecność na płaszczyźnie politycznej, w takich instytucjach, jak np. senat. Musimy też być bardziej widoczni w rożnego rodzaju stowarzyszeniach humanitarnych. Ważną dziedziną powinna być dla nas edukacja poprzez rozwijanie sieci szkół katolickich. Papież zwrócił szczególną uwagę na konieczność politycznego zaangażowania się francuskich katolików.
Niektórzy z polskich hierarchów kościelnych przestrzegają przed politycznym zaangażowaniem się Kościoła, twierdząc, że Francja płaci koszty złączenia tronu z Kościołem, połączenia władzy świeckiej z duchowną. Czy zdaniem Ekscelencji są to słuszne obawy?
- Nie sądzę. We Francji wszystko zaczęło się od rewolucji francuskiej, do której trzeba dodać 40 lat okresu Oświecenia. Później przyszedł rok 1968. To pewne ideologie są odpowiedzialne za to, co stało się we Francji, za laicyzację społeczeństwa i spadek wpływów Kościoła katolickiego, a nie to, że był on blisko świeckiej władzy. Myślę, że w XVII w. nie był on bliżej władzy niż Kościół w Polsce, a jednak historia potoczyła się zupełnie inaczej w naszych krajach.
Polscy katolicy nie chcą dopuścić do tego, aby polski Kościół katolicki podzielił los francuskiego Kościoła. Stąd wynikła obawa, że Unia Europejska będzie narzędziem jego eliminacji, sprowadzając religię jedynie do prywatnej sfery człowieka. Czy polscy katolicy powinni obawiać się takiej perspektywy?
- Znam polski Kościół. Byłem kilka razy w Waszym kraju i jestem przekonany, że obawy te są bezpodstawne, bo polski katolicyzm jest podstawowym elementem polskiej kultury, czego nie ma we Francji. Katolicyzm w Polsce jest katolicyzmem ludowym, powszechnym i w tym jest jego siła. Nie da się go wymazać w takim stopniu, jak stało się to na zachodzie Europy. Zresztą, próba wpisania wiary jedynie w kategorie życia prywatnego nigdy nie była zaakceptowana przez Jana Pawła II i my we Francji jesteśmy tego bardzo świadomi. Problem polega na tym, że u nas wiara katolicka nie ma tej samej wartości i nie kojarzy się z podstawowym elementem kultury społeczeństwa, tak jak jest to u Was. W tym tkwi siła polskiego Kościoła.
Czy Kościół Europy Zachodniej liczy na wsparcie Kościoła w Polsce? Co może on wnieść do obecnego Kościoła powszechnego?
- Bardzo liczymy na polski Kościół, na siłę jego wiary, która jest przykładem i nadzieją na odrodzenie katolickiej wiary w Europie Zachodniej.
Słyszy się opinie, że we Francji wzrasta potrzeba wiary, duchowych wartości, czego przejawem są m.in. rozwijające się rożnego rodzaju sekty. Czy we francuskim Kościele można mówić o wzroście liczby wiernych, poszerzaniu się kręgu ludzi we wspólnotach działających wokół świątyń?
- Niestety, nie można tego stwierdzić. Nie obserwujemy we Francji statystycznie zwiększonego zainteresowania katolicyzmem. Ale nasze doświadczenia nie mogą być bezpośrednio przekładane na polski grunt, który jest namaszczony wiarą, będącą jego głównym składnikiem.
Czego życzyłby Ksiądz Biskup w tym roku francuskiemu Kościołowi?
- Życzyłbym mu, aby był obecny tam, gdzie potrzebują go ludzie. By bronił niezłomnie uniwersalnych wartości i pełnił swoją misję, zwłaszcza w bliskiej mu Afryce.
Dziękuję za rozmowę.
Franciszek L. Ćwik
"Nasz Dziennik" 2006-01-20
Autor: mj