Brown głuchy na głosy obywateli
Treść
Brytyjski rząd po raz kolejny odrzucił wniosek o przeprowadzenie referendum nad traktatem reformującym Wspólnotę Europejską. Ministrowie wbrew woli większości społeczeństwa twierdzą, że najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli to parlament zadecyduje o jego przeprowadzeniu. Głosowanie w tej sprawie odbędzie się dziś w Izbie Gmin. Głosowana będzie wniesiona pod obrady przez Torysów poprawka do traktatu lizbońskiego, zakładająca jego przyjęcie w drodze ogólnokrajowego referendum. Konserwatyści podkreślają, że obecny traktat jest w zasadzie identyczny z wcześniejszą wyjątkowo nieudaną konstytucją UE, którą większość krajów odrzuciła. Dodają przy tym, iż w 2005 roku wszystkie trzy główne partie obiecały w tej sprawie spełnić wolę obywateli. Rząd ripostuje, twierdząc, że obecnie chodzi o coś zupełnie innego i sprawa nie wymaga referendum. Sugeruje, iż obecny traktat nie jest powtórzeniem starej konstytucji, lecz jej ulepszoną wersją. Minister ds. europejskich Jim Murphy powiedział, iż rządy krajów unijnych są zgodne, że "podejście konstytucyjne" zostało porzucone. - Decyzja w sprawie referendum zapadnie w tej sali, a nie na szczycie żurawia nad londyńskim niebem - stwierdził minister, odnosząc się do manifestujących, którzy na stojącym nieopodal parlamentu dźwigu rozwiesili transparenty nawołujące do przeprowadzenia referendum. Także w hrabstwie, z którego pochodzi minister Murphy, przeprowadzano badania, które wykazały, że blisko 90 proc. obywateli Wielkiej Brytanii domaga się przeprowadzenia referendum. Debata nad traktatem toczyła się 9 dni. Posłowie analizowali dokument temat po temacie i mimo tego nie udało się omówić całej jego treści przed zaplanowanym na dziś głosowaniem. Torys i jednocześnie minister spraw zagranicznych w gabinecie cieni Mark Fran?ois powiedział, że nie omówiono m.in. takiej kwestii jak obronność. Natomiast Gisela Stuart z partii Laburzystów w związku z takim rozwojem sytuacji zaapelowała, by posłowie jej ugrupowania mogli głosować bez zachowania dyscypliny partyjnej. Mimo rozbieżności nad oceną traktatu posłowie wszystkich ugrupowań jednoznacznie skrytykowali manipulowanie nim przez rząd. Często pojawiały się głosy oburzenia, iż premier Gordon Brown podpisał traktat lizboński bez wcześniejszych konsultacji z parlamentem. Laburzystka Gwyneth Dunwoody powiedziała, że prace nad uchwalaniem tego dokumentu zostały "ścięte na gilotynie" i "przerwane w najbardziej brutalny sposób". Konserwatysta Mark Pritchard zaznaczył, iż dochodzi do "klęski demokracji", kiedy ludzie muszą protestować zaledwie kilkaset metrów od parlamentu, ponieważ rząd nie dotrzymał obietnic dotyczących traktatu reformującego. Łukasz Sianożęcki "Nasz Dziennik" 2008-03-05
Autor: wa