Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Bezkarne bestialstwo

Treść

Bandyckie napady na ludność Ugandy i tamtejsze katolickie ośrodki misyjne, prowadzone od pewnego czasu przez bliską sekcie organizację Armia Oporu Pana (ang. LRA), przybierają na sile. W ostatnich dniach organizowane przez nią ataki objęły także środkowo-wschodnią część kraju, sprawiając, że napastnicy znaleźli się niedaleko od stolicy kraju, Kampali. W wyniku terroru, który sieją, giną kolejni ludzie, porywane są dzieci, a coraz więcej mieszkańców ucieka ze swoich domów. Mimo iż nasilone bandyckie ataki trwają już prawie miesiąc, władze dopiero teraz podjęły bardziej zdecydowane działania przeciwko LRA.
Pod koniec ubiegłego tygodnia, opierając się na doniesieniach agencji MISNA, pisaliśmy, że ojciec Bogusław Żero ze zgromadzenia Ojców Białych Misjonarzy Afryki został ranny w ataku rebeliantów z LRA. Misjonarz, który skontaktował się z "Naszym Dziennikiem", wyjaśnił jednak, że jego obrażenia były nieznaczne. Natomiast w ataku zginął młody człowiek, który jechał wraz z ojcem w samochodzie.
Uciekając przed bandyckimi atakami LRA, o. Żero ostrzegał przed nimi miejscową ludność. O zagrożeniu poinformował następnie władze kościelne. Ojciec Żero rozmawiał m.in. z ordynariuszem diecezji Soroti ks. bp. Erasmusem Desideriusem Wanderą. Ksiądz biskup wystosował apel do rządu o zapewnienie bezpieczeństwa swoim obywatelom, do czego władze są zobowiązane. Wciąż dochodzi jednak do ataków.
Wczoraj członkowie LRA kontynuowali bandyckie napady na Soroti. Po raz pierwszy zostało ono zaatakowane przed dwoma dniami. W ten sposób organizacja objęła zasięgiem swojej bestialskiej działalności tereny środkowokwschodniej Ugandy. Do tej pory nękała "jedynie" jej północne tereny. We wtorek rano z okolic Soroti bandyci porwali ok. 80 dziewcząt ze szkoły prowadzonej przez misjonarzy oraz ok. 100 cywilów. Jedna z dziewcząt zginęła. Podejście przez LRA pod Soroti oznacza, że członkowie tej organizacji znaleźli się niedaleko od stolicy kraju, Kampali. Być może dopiero w tym momencie rząd poczuł się zagrożony atakami bandytów mających siedzibę w sąsiednim Sudanie. Władze do niedawna w ogóle nie reagowały na ich ataki. Wojskowej juncie w Kampali nie zależy na zapewnieniu bezpieczeństwa mieszkańcom Ugandy, a jedynie na utrzymaniu się przy władzy. Dopiero po ostatnich napadach na ziemie te wysłano niewielkie oddziały, które dotąd zachowują się bardzo nieporadnie. Jedyny sukces wojsko odniosło wczoraj, powstrzymując ataki na Soroti. Małe bandyckie oddziały wciąż jednak organizują napady, terroryzując miejscową ludność.
Ich sposób działania sprawia też problemy ugandyjskim siłom bezpieczeństwa. Niewielkie ruchliwe grupy są bowiem trudne do namierzenia i rozbicia dla regularnych oddziałów. Niemniej dotychczasowe zaniedbania sił bezpieczeństwa sprawiły, że w kraju, który posiada struktury wojskowe i policyjne, LRA bez przeszkód napada na wybrane przez siebie miejscowości.
W efekcie tylko z północno-wschodnich terenów Ugandy uciekło już co najmniej pół miliona osób. Liczba uciekinierów stale rośnie. Wzrasta też liczba zabitych. Porywanych jest coraz więcej dzieci, które po intensywnej indoktrynacji są wcielane do organizacji. Stanowią ok. 90 proc. jej członków. LRA ma strukturę przypominającą sektę. Jej założyciel Joseph Kony uważa się za proroka. Jednak m.in. bestialskie metody szkolenia nastawione na demoralizację dzieci i okrutne napady przeprowadzane przez organizację wskazują, że efekty jej działania są znacznie bardziej groźne niż większości sekt.
Z niewyjaśnionych powodów na początku czerwca Kony nakazał swoim oddziałom mordowanie chrześcijan i niszczenie misji. Od tego czasu szczególnie one oraz miejscowa ludność doświadczają bandyckich ataków LRA. W związku z tym, że władze nie radzą sobie z bandyckimi napadami, pod koniec ubiegłego tygodnia obradująca w Gulu na północy kraju konferencja zwierzchników religijnych poprosiła o interwencję ONZ. Obecnie oczekują oni, że miejscowe władze i świat w końcu powstrzymają niebezpieczną grupę szaleńców. Misjonarze apelują też o modlitwę w tej intencji.
Mariusz Bober
Nasz Dziennik 26-06-2003

Autor: DW