Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Będzie lepiej, czyli wyżej?

Treść

Z Aleksandrem Waleriańczykiem, dziesiątym skoczkiem wzwyż świata i młodzieżowym mistrzem Europy, rozmawia Mieczysław Pabis

Kilka miesięcy temu zrobiło się głośno o młodym skoczku wzwyż z Wawelu Kraków. Można powiedzieć, że rok 2003 był dla Pana rokiem pierwszych większych sukcesów. Znalazło to oddźwięk w przyznaniu Panu trzeciego miejsca w Plebiscycie na Najlepszego Sportowca Małopolski...
- Startowałem w tym konkursie po raz pierwszy i otrzymałem od razu tak wysoką lokatę. Bardzo ucieszyła mnie ta nagroda, zresztą pewnie każdy zawodnik cieszyłby się z takiego osiągnięcia.

Podczas młodzieżowych mistrzostw Europy w Bydgoszczy wygrał Pan swoją konkurencję z najlepszym w 2003 roku wynikiem na świecie - 2,36 m. Przed mistrzostwami świata w Paryżu typowano Pana na jednego z faworytów. Skończyło się jednak na miejscu dziesiątym.
- Po prostu nie udało nam się do tych zawodów przygotować tak, jak byśmy chcieli. Jestem młodym lekkoatletą, mój trener Piotr Bora też jeszcze nie ma tak wielkiego doświadczenia w prowadzeniu zawodnika, chociaż - co trzeba podkreślić - jest bardzo mądrym szkoleniowcem. Myślę, że z czasem będziemy zdobywali doświadczenie i dowiadywali się o pewnych szczegółach. W Paryżu po prostu nie udało się przygotować drugiego szczytu formy. Zdobyłem tam dopiero dziesiąte miejsce, ale i tak jestem z tego zadowolony. To były dla mnie pierwsze mistrzostwa świata seniorów. Wiadomo, że oczekiwania miałem większe. Zresztą nie tylko ja... Na koniec jednak cieszę się z dziesiątego miejsca. Przecież to w końcu był finał mistrzostw świata i startowali tam doświadczeni zawodnicy.

Ubiegły rok był dla Pana bogaty w doświadczenia. Które zawody zapadły Panu najgłębiej w pamięć?
- Zawody w Jokohamie w Japonii były niezwykle ciekawe. Stały na dobrym poziomie i zdobyłem tam nowe doświadczenia. Dzięki startom w bardzo różnych miejscach zobaczyłem, że jeżeli będę odpowiednio przygotowany, to mogę rywalizować nawet z najlepszymi - czasem wygrywać, czasem przegrywać. To normalne. Chcę powiedzieć, że wyjazd do Japonii dla mnie to nie tylko zawody, ale także możliwość bardzo dalekiej wycieczki. Cieszę się, że mogłem zobaczyć, jak żyją ludzie w Japonii.

Choć sukcesu z Bydgoszczy nie udało się Panu powtórzyć ani w Paryżu, ani w Japonii, trener zapowiada, że czas zwycięstw przed Panem. Jakie sportowe plany ma Pan na najbliższy czas?
- Zapowiada się bardzo napięty program, mnóstwo różnego rodzaju zawodów. Dla mnie jednak najważniejsze są halowe mistrzostwa Polski w Spale 22 lutego 2004 roku, a potem ewentualnie mistrzostwa świata w marcu i mam nadzieję, że w sezonie letnim igrzyska olimpijskie. Hala będzie dla mnie czymś w rodzaju testu przed sezonem w lecie, który jest dla mnie celem głównym. Jeśli tam wypadnę dobrze będę spokojnie mógł trenować do lata, bez jakichś obaw, że coś może być nie tak. Mam nadzieję, że uda mi się skoczyć przynajmniej 2,30 i wtedy wypełnię minimum na igrzyska olimpijskie. Jeśli będę rozważnie i sumiennie trenował, to jest szansa, że w tym roku będzie mi się wiodło jeszcze lepiej niż w ubiegłym. Od niedawna bowiem mam sponsora - Elite Cafe, dzięki któremu nie muszę się już martwić o wiele spraw, które wcześniej zaprzątały mi głowę.

Swoją sportową karierę Aleksander Waleriańczyk zaczynał od pływania, potem był skok, tyle że w dal. Dlaczego teraz skacze Pan wzwyż?
- Nakłonił mnie do tego trener Piotr Bora sześć lat temu. Byłem wtedy jeszcze młodym zawodnikiem i niewiele miałem do decydowania. Można powiedzieć, że trener wybrał za mnie skok wzwyż. Uważam, że była to trafna i słuszna decyzja. Lubię skakać wzwyż. Jest to bardzo widowiskowa dyscyplina, a jednocześnie nie trzeba wkładać w nią tyle pracy, ile na przykład w bieganie. Trenuję sześć dni w tygodniu po 1,5-2 godziny i bardzo podoba mi się mój sposób trenowania. W tym się widzę i dobrze czuję. Ten sport mnie nie męczy.

Nie jest Pan jedynym sportowcem w domu. W Wawelu ćwiczy również Pana brat, Tomasz. Czy to jakieś tradycje rodzinne?
- Myślę, że to dopiero nasze pokolenie rozpoczęło tę sportową tradycję. Razem z bratem kilka lat temu trafiliśmy do Wawelu. Ja skaczę, a brat biega 400 metrów przez płotki.

Właściwie sport to tylko część życia, na pewno ważna, ale nie jedyna. Czym oprócz tego zajmuje się na co dzień Aleksander Waleriańczyk?
- Jestem studentem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie na Wydziale Inżynierii Mechanicznej i Robotyki. To mi się bardzo podoba. Dzięki moim ubiegłorocznym sukcesom sportowym oraz przychylności władz wydziału udało mi się uzyskać indywidualny tok studiów. Władze uczelni pomagają mi bardzo w uprawianiu sportu, co uwidoczniło się m.in. w tym, że moja nauka została rozłożona na dłuższy okres niż normalnie. W przyszłości chciałbym zajmować się tym, czego dziś uczę się na studiach. Oprócz sportu - tego wyczynowego - mam jeszcze jedno hobby: uwielbiam jeździć na motorze. Niestety, nie jest to możliwe w zimie. Śnieg i lód powodują, że moje hobby staje się niebezpieczne.
Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów.
Nasz dziennik 29-01-2004

Autor: DW