Beckham - piąty z wielkich
Treść
Francuzi Nicolas Anelka i Zinedine Zidane, Brazylijczyk Ronaldo, Portugalczyk Luis Figo i Anglik David Beckham - co łączy tych pięciu piłkarzy? Nawet średnio zorientowany kibic od razu odpowie, iż wszyscy oni reprezentują - bądź reprezentowali - barwy madryckiego Realu. I będzie to oczywiście odpowiedź dobra. Nie każdy jednak wie, że wszyscy trafili do stołecznego klubu w ciągu ostatnich pięciu lat. I że rokrocznie do Realu trafiał jeden z nich.
To dokładnie obmyślona strategia najsłynniejszego klubu świata. Od 1999 r. do Madrytu trafiają piłkarze najlepsi, posiadający status wielkiej gwiazdy, rozpoznawani na całej długości i szerokości globu, na każdym kontynencie i w każdym kraju. Real wydaje na nich ogromne pieniądze (razem kosztowali ok. 240 milionów dolarów), nie bacząc nawet na to, iż sam jest ogromnie... zadłużony.
Bo w tym tkwi sedno pomysłu. Wielcy piłkarze zapewniają bowiem... wielkie pieniądze. I to nie tylko za zwycięstwa odniesione na boisku. Za wygranie Ligi Mistrzów, zdobycie krajowego czempionatu. Nie na darmo i nie bez przyczyny każdy gracz trafiający do Madrytu ceduje na klub część praw do własnego wizerunku. Koszulki, breloczki, zdjęcia, szaliki itd. - wszystkie z twarzami gwiazd Realu sprzedają się jak świeże bułeczki i rokrocznie zapełniają kasę trudnymi do wyobrażenia sumami. Dlaczego niedawno David Beckham, zamiast odpoczywać w przerwie między sezonami, odbywał męczące i długie tournée po kontynencie azjatyckim? Przecież aby zyskać nowych fanów! Aby pokazać, że już nie jest piłkarzem Manchesteru United, tylko Realu. Aby od teraz tysiące, miliony wręcz zadurzonych w Davidzie skośnookich fanów sięgnęły głębiej do portfeli, by zakupić gadżet "królewskiego" klubu. I tak funkcjonuje ta wielka machina...
Aby oczywiście wszystko szło po myśli prezesów Realu, potrzebni są wielcy piłkarze, no a na brak tych nie mogą narzekać. W ciągu ostatnich kilku lat sprowadzili do Madrytu pięciu zawodników posiadających status sportowej gwiazdy. Każdy z tych transferów był wielkim wydarzeniem. Każdy mieści się wśród najdroższych dwunastu w historii futbolu.
Jako pierwszy, w 1999 r., do stolicy Hiszpanii zawitał Francuz Nicolas Anelka. Real zapłacił za niego 35 milionów dolarów londyńskiemu Arsenalowi. Obie strony jakoś nie mogły jednak znaleźć wspólnego języka. Francuz źle się czuł w Madrycie, grał dużo poniżej swych możliwości. W pewnym momencie został nawet zawieszony na kilka tygodni za odmowę uczestnictwa w treningach. Real i sam Anelka odetchnęli, gdy intratną propozycję złożył Paris Saint Germain. I tak za 30 mln dolarów piłkarz powrócił do ojczyzny. Że nie na długo, to już inna historia...
W 2000 roku prezesem Realu został Florentino Perez. W trakcie kampanii wyborczej obiecał sympatykom "Królewskich", że jeśli zostanie szefem klubu, to sprowadzi doń Luisa Figo. To podziałało na wyobraźnię kibiców, tym bardziej że Portugalczyk reprezentował barwy, delikatnie mówiąc mało lubianej w Madrycie Barcelony. Podkupić gwiazdę "Barcy" - to byłoby coś - pomyśleli i wkrótce Perez objął funkcję sternika Realu. I jak obiecał, tak uczynił. Wysupłał z kasy klubu niebotyczną sumę 56 milionów dolarów (to był wówczas transferowy rekord świata, a do dziś na tej liście zajmuje drugie miejsce) i Luis Figo... stał się persona non grata w Barcelonie.
Ale Perez obiecał coś jeszcze - że do Madrytu co rok będzie trafiał największy piłkarz świata. I nie blefował! W 2001 r. zarzucił sieć na Zinedine'a Zidane'a. I choć dotychczasowy pracodawca Francuza, Juventus Turyn, nie kwapił się ze sprzedażą swego najlepszego zawodnika, ugiął się pod ciężarem sakiewki z 65 milionami dolarów. Do dziś nikt nie zapłacił więcej za piłkarza. A Zidane szybko się spłacił. Nie tylko stał się prawdziwym liderem zespołu gwiazd, bez którego Real aż trudno sobie wyobrazić, ale także zapewnił swej ekipie zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów. Jego gol w meczu z Bayerem Leverkusen na zawsze pozostanie w annałach futbolu jako jeden z najpiękniejszych...
Figo, Zidane - wydawało się, że Perez niczym już nie zaskoczy, ale on miał kolejnego asa w rękawie. A mógł być nim tylko król strzelców mistrzostw świata, Ronaldo. W 2002 r. Brazylijczyk został wykupiony z Interu Mediolan za 45 mln dolarów (7. na liście największych transferów) i choć początki w nowym klubie miał trudne (słaba gra, krytyka trenera i kibiców), to pod koniec sezonu świecił już blaskiem wielkiej gwiazdy.
Kogo Real sprowadzi latem tego roku? - spekulowali kibice. I chyba niewielu z nich spodziewało się, że największego asa Manchesteru United, reprezentanta Anglii Davida Beckhama. Ale tak się stało. Beckham kosztował 35 milionów euro, które spłacone zostaną w dość skomplikowanych ratach. We wtorek przybył już do Madrytu, przeszedł badania lekarskie, podpisał czteroletni kontrakt, został zaprezentowany kibicom.
Sen sympatyków "Królewskich" trwa więc nadal.
Piotr Skrobisz
Nasz Dziennik 3-07-2003
Autor: DW