Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Balansując na granicy

Treść

Rozmowa z Markiem Plawgą, medalistą mistrzostw świata i Europy w biegu na 400 m przez płotki
Panie Marku - jak zdrowie? Problemy, w ostatnim czasie mocno doskwierające, udało się przezwyciężyć?
- Jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Rekonwalescencja po operacji przebiegła prawidłowo. Ostatnio miałem co prawda mały problem, musiałem na tydzień zwolnić treningowy rytm, ale teraz wszystko wróciło do normy. Pracuję na sto procent możliwości.
I z tego, co wiem, jest Pan z efektów zadowolony.
- Intensywnie trenuję od początku listopada i na podstawie tego okresu mogę powiedzieć, że zaczynam budować formę. Oczywiście na razie jej nie ma, bo to niemożliwe, ale regularna praca przez sześć dni w tygodniu nastraja mnie optymistycznie. Zajęcia biegowe, w kolcach, zbliżone do prędkości startowych, zaczną się dopiero w lutym - marcu. A dziś mogę panu przyznać, że praca, jaką włożyłem w rehabilitację, była ogromna i spowodowała, że od strony fizycznej u progu przygotowań czuję się doskonale. Ćwiczenia, które wykonywałem zwykle z bardzo dużym poświęceniem i zmęczeniem, teraz przychodzą mi łatwiej. Lżej.
Czasami sobie myślę, że o kłopotach, przeciwnościach, jakie dotykały Pana przez większość kariery, mógłby Pan napisać książkę. W dużej mierze pokazywałaby ona, jak trudna i wyboista jest droga sportowca do sukcesów, jak wiele musi poświęcić.
- Czy ja wiem, czy byłaby na tyle ciekawa? (śmiech) Ale fakt, sport to nie tylko zwycięstwa i medale, to także codzienna walka z kontuzjami, przeciwnościami itd. Ale za nic w świecie nie zamieniłbym takiego życia na wygodną nawet i przynoszącą więcej profitów karierę za biurkiem. To nie dla mnie, nie lubię monotonii, jednostajności. Dla mnie, wychowanego przez sport, gdzie wszystko jest dynamiczne, ciągle się zmienia, byłoby to nie do przyjęcia. Ja bardzo wcześnie zacząłem trenować. Już w piątej klasie szkoły podstawowej sport uważałem za coś więcej niż przygodę, w wieku 18 lat jeździłem na zgrupowania, musiałem poddawać się pełnemu reżimowi, być gotowym na wyrzeczenia. Nigdy nie uważałem, że coś przez to tracę, wręcz przeciwnie - lekkoatletyka dawała mi spełnienie, przygotowywała do życia i szlifowała charakter. Wyznaczałem sobie cel i robiłem wszystko, by go zrealizować. Przez to doskonaliłem się jako zawodnik i jako człowiek.
Ale po drodze, między wielkimi zawodami i medalami, musiał Pan często, bardzo często toczyć nierówną walkę z urazami, zdrowotnymi perypetiami. Miewał Pan wtedy momenty zwątpienia, chęci rezygnacji?
- Każda kontuzja jest tematem trudnym, dopóki nie stanie się tematem poznanym. Nigdy nie myślałem, że chcę zrezygnować, skończyć karierę, poddać się, ale miewałem chwile strachu i niepewności, bo nie wiedziałem, jak sobie z problemem poradzić. To było najgorsze, taka niewiedza jest czymś strasznym. Kontuzje, szczególnie te powracające, oczywiście mnie dołowały, ale też stanowiły pewne wyzwanie, z którym chciałem się zmierzyć i wyjść z tej "walki" zwycięsko. Radości, jaką odczuwałem po każdorazowym powrocie na bieżnię, nie da się porównać z niczym innym, była niezwykłą nagrodą za wytrwałość. Czasami wystarczała, ale wiadomo, że chce się odnosić sukcesy i zdobywać medale. I tu muszę przyznać, że część moich problemów wynikała z ambicji. Zdaję sobie dobrze sprawę, że na najwyższym poziomie o sukcesie decydują niuanse. Pogoń za wynikiem sprawia, że często balansujemy na granicy zdrowia i wtedy nietrudno o urazy. Ale niestety, tu nie ma miejsca na kalkulacje. Albo się jest zawodnikiem przygotowanym na sto procent, w formie pozwalającej mierzyć się z najlepszymi, albo średniakiem. Ta druga opcja nigdy mi się nie podobała i nie była (i nie będzie) zgodna z aspiracjami. Dlatego wspomniane balansowanie na granicy będzie moim chlebem powszednim do końca kariery.
Zastanawiał się Pan, o ile więcej mógłby mieć medali na koncie, gdyby nie wszystkie kontuzje i przymusowe przerwy od startów?
- Nie raz. Oczywiście będziemy musieli trochę pogdybać, ale pewnie miałbym olimpijski medal, może nawet dwa. W Atenach prawdopodobnie włączyłbym się do walki o złoto, w Pekinie może byłbym drugi lub trzeci. Tak naprawdę rekord życiowy [48,12 s - przyp. red.] predysponuje mnie do tego, by na każdej wielkiej imprezie stawać na podium. Zaznaczę od razu, że ten rekord też mógł być lepszy. Powiem panu ciekawostkę: gdy go pobijałem, w 2007 roku w Osace, wcale nie byłem bowiem w rewelacyjnej formie. Więcej, treningi nie dawały podstaw do nadmiernego optymizmu. Wynik na 400 m przez płotki jest wypadkową bardzo wielu czynników, m.in. przygotowania szybkościowego, wytrzymałościowego, technicznego, także psychicznego, o którym też nie można zapominać. Głowa musi być również gotowa do walki o najwyższe cele. Pojedyncze elementy, które sprawdzaliśmy podczas treningów, nie wykazywały, abym był w najwyższej szybkościowej dyspozycji, na pierwszych 200, nawet 300 metrach nie zbliżałem się do swoich najlepszych wyników. Tymczasem okazało się, że pobiegłem doskonale i pobiłem rekord Polski. Gdybym był w optymalnej formie, to pewnie byłbym w stanie dystans pokonać nawet w 47,5 s, a to mogłoby moją karierę ustawić zupełnie inaczej.
Za mną dziesięć lat biegania na wysokim poziomie, a tylko dwukrotnie wystartowałem na mistrzostwach świata. Z występów w Paryżu, Helsinkach i Berlinie eliminowały mnie kontuzje, a tym samym straciłem szansę walki o trzy medale. Przeszłości jednak nie zmienię, nie ma sensu za długo na niej się skupiać.
Porozmawiajmy zatem o przyszłości. Marzy Pan o olimpijskim medalu w Londynie, ale do igrzysk pozostało jeszcze nieco ponad półtora roku. Jak wykorzystać ten czas, by w stolicy Anglii stanąć na podium?
- Na pewno odpuszczę najbliższy sezon halowy. Nie zaryzykuję zdrowia, o które muszę szczególnie dbać. Przyszłoroczne letnie mistrzostwa świata w Korei Południowej będą jedyną moją szansą na uratowanie możliwości pełnych przygotowań do igrzysk. Dlatego są absolutnym celem numer jeden, choćby na jednej nodze muszę awansować w nich do finału. Z drugiej strony nigdy się nie trenuje po to, by "tylko" dostać się do finału. Medal olimpijski jest oczywiście moim marzeniem. Mówi się, że sportowiec byłby w stanie oddać wszystkie swoje krążki z mistrzostw świata i Europy za jeden medal igrzysk, i ja jestem w tym gronie.
Bieganie przez płotki jest kontuzjogennym zajęciem. Obciążenia przy odbiciu i lądowaniu są duże, dlatego cały czas muszę być czujny, zwłaszcza przy moich problemach ze stawem skokowym. Z drugiej strony poprawnie technicznie pokonany płotek nie daje prawie żadnego ryzyka, stąd trzeba dbać o formę i przygotowania, które potencjalne zagrożenia redukują do minimum. Każdy z nas, nie tylko ja, dba o to, by w trening inteligentnie wplatać ćwiczenia nie tyle budujące formę i wpływające na konkretny wynik sportowy, ile poprawiające odporność na kontuzje. Wierzę, że to, co złe, już za mną. Jestem optymistą i liczę, że przez najbliższe dwa lata uda mi się zrealizować swoje marzenia.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
Nasz Dziennik 2010-12-08

Autor: jc