"Bądź godną Polki imienia..."
Treść
Urodziła się w Toruniu 19 marca 1909 roku. W dzieciństwie - do jedenastego roku życia - mówiła prawie wyłącznie po niemiecku. Thorn, czyli Toruń, był wówczas zniemczony, na ulicy i w urzędach królowała niemczyzna. "Wkradała się ona także do domów polskich, bo trzeba było jakoś żyć i funkcjonować na co dzień w tych warunkach" - wspominała po latach Elżbieta Zawacka.
O roku ów...
Ozdrowieńczy powrót do polszczyzny i do polskości w ogóle rozpoczął się w zimowy wtorek 20 stycznia 1920 r., kiedy do Torunia, na mocy postanowień traktatu wersalskiego, wkroczyło Wojsko Polskie. Odbyło się oficjalne przejęcie Torunia i całej dzielnicy pomorskiej przez odrodzoną Rzeczpospolitą. Uroczysta Msza św. polowa i podniosły nastrój tego wydarzenia zapadły głęboko w serca toruńskim Polakom. Defiladę Wojska Polskiego, oglądanego tu ze szczególnym wzruszeniem i ciągłym jeszcze niedowierzaniem, odbierał dowódca frontu pomorskiego gen. Józef Haller - niekwestionowany bohater i autorytet Polaków z Pomorza. W każdym pomorskim mieście i miasteczku jest dziś ulica jego imienia. Pod pomnikiem Kopernika złożono wieńce i kwiaty. Już dzień wcześniej w Bydgoszczy pierwszy polski prezydent miasta, dr Jan Maciaszek, przejmował władzę przekazywaną mu przez niemiecki zarząd. Niemcy "docenią" prezydentów Bydgoszczy jako rzeczników polskości miasta. Ostatniego prezydenta, Leona Barciszewskiego, zamordują wraz z synem 11 listopada 1939 roku.
Podobne uroczyste akty odbywały się w pamiętne dni stycznia i lutego 1920 r. we wszystkich miastach dzielnicy. Ich ukoronowaniem były uroczyste zaślubiny Polski z morzem 10 lutego 1920 r. w Pucku, z udziałem gen. Hallera. Pomorze było polskie, jak za I Rzeczypospolitej. Nadchodził teraz czas żmudnej pracy na rzecz umacniania polskości.
"Wybiłam się na polskość"
Trudnego dzieła przywracania polszczyzny podjęła się przede wszystkim szkoła polska, która szczególnie w tych pierwszych latach niepodległości była - zdaniem Elżbiety Zawackiej - bardzo dobra i bardzo ideowa: "Nauczyciele potrafili oddziaływać na młodzież. Ja tak naprawdę dopiero w szkole prawdziwie wybiłam się na polskość". Modne były wówczas wśród gimnazjalistek przeróżne albumy i pamiętniki, pięknie zdobione, do wpisywania słów serdecznych i tajemnych. Pani Elżbieta pamięta, jak jedna z koleżanek, córka oficera legionowego, przybyłego na służbę do Torunia z Polski centralnej, wpisała jej do pamiętnika słowa: "Bądź godną Polki imienia...". Niby nic szczególnego, ale zapadło w pamięć i w serce, bo o tym, co to znaczy być Polką, myślała wówczas bardzo często.
Pomorzanki i "kongresówy"
Dziewczętom urodzonym w Toruniu było czasem przykro, że córki przybyszów, czyli "Antki" albo "kongresówy", uważały ich za "Niemki". "Z dnia na dzień stawałam się prawdziwą patriotką, ale jednocześnie uważałam, że Polacy, przybywający na Pomorze z byłego zaboru rosyjskiego, wychowani w innych warunkach i w innej kulturze, nie rozumieją nas i krzywdzą, przypisując nam brak patriotyzmu i brak przywiązania do polskości". Tymczasem Pomorzanie byli po prostu zachodnimi "kresowiakami", ludnością pogranicza w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu. "Oddziaływały na nas dwie kultury, co mogło przynieść Polsce tylko pożytek".
Ten brak zaufania "Antków" do Pom orzan prowadził niekiedy do ostrych konfliktów wśród władz lokalnych, a nawet do gorących incydentów w Sejmie. Dopiero niemieckie uliczne egzekucje w Bydgoszczy i leśne groby na miejscach zbiorowych mordów, podczas krwawej pomorskiej jesieni 1939 r., ostatecznie pokazały, jak niesłuszne były te sądy o "Niemcach".
Brały się za włosy...
Gimnazjalistki toruńskie dzieliły się zwykle w klasach na dwie "partie": prawicowo-narodową i legionową. "Nie zwalczałyśmy się - wspomina Elżbieta Zawacka - wręcz przeciwnie, dobrze współżyłyśmy i uzupełniałyśmy się, ale były różnice w ocenie tego, co działo się wówczas w kraju". Najmocniej uwidoczniło się to podczas majowego zamachu stanu w maju 1926 roku. Dla Pomorzanek był to zamach na praworządność, dla "kongresówek" - zbawczy koniec szkodliwej dla Polski sejmokracji. Kłóciły się tak zawzięcie, że w końcu doszło do rękoczynów... "Wzięłyśmy się za włosy!" - wspomina dziś z rozbawieniem pani Elżbieta. Tak bardzo były Polską przejęte, że wszystkie, na swój sposób, chciały ją zbawiać. Nieświadome jeszcze znaczenia swych spontanicznych gestów, w tych dramatycznych dniach majowych stawały się prawdziwymi patriotkami, które z czasem - gdy nadejdzie czas próby - utworzą jedną "partię" - Podziemne Państwo Polskie.
Hufiec PWK
W 1927 r. Elżbieta Zawacka rozpoczęła studia matematyczne na uniwersytecie w Poznaniu. Przez pierwsze trzy lata poświęciła się wyłącznie nauce, by jak najlepiej przygotować się do późniejszej pracy zawodowej. Kiedy jednak pod koniec 1930 r. dowiedziała się od koleżanki, że tworzy się Hufiec Akademicki Przysposobienia Wojskowego Kobiet i że "komendantka jest do rzeczy", poszła na spotkanie. Usłyszała, że tu, na Pomorzu i w Wielkopolsce, ciągle istnieje niebezpieczeństwo niemieckie, na które trzeba być przygotowanym. Zainteresowanie obronnością kraju powinno być więc jednym z podstawowych obowiązków każdego Polaka i każdej Polki. Te słowa trafiły jej do serca i do wyobraźni, znała bowiem nastroje Niemców, którzy na początku lat 20., dokonując wyboru "opcji", wyjeżdżali do Reichu, zapowiadając, że i tak tu powrócą.
W trakcie szkolenia w hufcu PWK okazało się, że Elżbieta ma szczególne predyspozycje do tej służby. Była dobrze zorganizowana, obowiązkowa, wywierała dobry wpływ na swe koleżanki. Była lubiana i akceptowana. Kiedy więc po pierwszym obozie przyszła pora wyboru, doszła do wniosku, że po zakończeniu studiów mogłaby podjąć pracę w PWK już jako instruktorka zawodowa. Decyzja nie była łatwa, bo zawsze widziała siebie w roli nauczycielki matematyki, ale wyższy kurs instruktorek PWK ostatecznie przekonał ją, że będzie bardziej przydatna, ucząc młode Polki patriotyzmu i umiejętności wojskowych niż matematyki. Jako instruktorka trafiła na Śląsk, do Katowic i do Sosnowca. Była potem komendantką rejonu śląskiego PWK.
Jesteście żołnierzami
Lato 1939 r. spędziła na obozie PWK w Spale. Sobotę, 26 sierpnia, zapamiętała do dziś. Tego dnia przyszedł rozkaz mobilizacyjny dla instruktorek PWK: "Z dniem 1 września stajecie się żołnierzami. Meldujcie się do władz wojskowych w sprawie przydziału służbowego". Z jednej strony duma, z drugiej niepokój. Skoro mobilizuje się nawet formacje kobiece, to chyba rzeczywiście coś wisi nad Polską.
Już 31 sierpnia dostaje przydział: obejmuje komendę nad drużynami PWK na "swoim" terenie, w Katowicach. Szybkie postępy Niemców sprawiły, że drużyny dowodzone przez Elżbietę Zawacką zostały skierowane do Lwowa. Tu melduje się u komendantki naczelnej PWK Marii Wittekówny "Miry", starszej od siebie wiekiem, stażem i rangą, kombatantki z czasów POW, wojny bolszewickiej i Ochotniczej Legii Kobiet. Dostaje zadania do wykonania podczas obrony Lwowa. Miasto broniło się i przed wojskami sowieckimi, i przed Niemcami, którym się ostatecznie poddało. Bolesnym wspomnieniem Elżbiety Zawackiej jest do dziś atmosfera przygnębienia wśród polskich oficerów podczas ostatniej odprawy. Czuli się upokorzeni, że nie obronili Polski. Mieli do wyboru trzy wyjścia: iść do niewoli, zdjąć mundur i zamelinować się jako cywile lub próbować przedostać się za granicę, by kontynuować walkę. Niestety, byli też i tacy, którzy stracili nadzieję i wybierali czwarte, najgorsze rozwiązanie. "Honorowe" oficerskie samobójstwa nie były wówczas odosobnionymi przypadkami.
Będziemy walczyć
Elżbieta nie straciła nadziei. Przedzierała się po cywilnemu, wszelkimi możliwymi sposobami (pieszo, furmanką), do Warszawy. Nie miała wątpliwości, że to dopiero początek wojny i że tacy jak ona profesjonaliści będą szczególnie potrzebni. W Warszawie wstąpiła do organizującej się już wówczas Służby Zwycięstwu Polsce, poprzedniczki Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. Korzystając ze swoich kontaktów z PWK, bardzo szybko stworzyła silną grupę kobiecą, z przeznaczeniem do służby w łączności i w dywersji. Dostaje rozkaz zameldowania się na stałe w Warszawie. Przyjmuje pseudonim "Zo" i dostaje przydział specjalny, tylko dla najlepszych. Ponieważ doskonale mówi po niemiecku, ma działać na terenie Niemiec, w akcjach dywersyjnych. Otrzymała dokumenty niemieckie i rozpoczęła służbę. Ta dywersja okazała się jednak dla niej za trudna ze względów psychologicznych. Nie dlatego, by zabrakło odwagi. Odwagę, wręcz brawurę, wykazała wielokrotnie wcześniej i później. Problemem były niektóre zadania dywersyjne polegające na przykład na eliminacji funkcjonariusza hitlerowskiego - i to nie z pistoletem w ręku, z wyrokiem w imieniu Rzeczypospolitej, lecz potajemnie, bo takie były wymogi tej szczególnej służby. Przełożeni dostrzegli męczarnie Elżbiety i doszli do wniosku, że w innej pracy będzie z niej większy pożytek. Skierowali ją do oddziału łączności Komendy Głównej ZWZ.
Cyrk "Zo"...
To było zajęcie, w którym mogła wykazać wszystkie swoje atuty: spryt, inteligencję, łatwy kontakt z obcymi ludźmi, precyzję w działaniu i szósty zmysł. Raz na trzy tygodnie jeździła do Berlina, przenosząc tajne przesyłki. Działała tam polska placówka wywiadowcza o kryptonimie "Greta" kierowana przez kapitana Jakubiańca. Wykorzystując doskonałą znajomość terenu katowickiego z czasów służby w PWK, Elżbieta zorganizowała tam małą komórkę łączności o kryptonimie "Cyrk". Jej podkomendne, i ona sama, obsługiwały trzy linie kurierskie: do Berlina, do Alzacji (kierunek paryski) i do Lotaryngii (kierunek szwajcarski).
Wsypa
Wszystko szło dobrze do czasu, gdy jedna z kurierek, na trasie z Krakowa do Sosnowca, popełniła błąd w sztuce konspiracji i została aresztowana przez gestapo. Poddano ją okrutnemu śledztwu, z zastosowaniem prądu (tzw. elektryczne łoże). Raz wytrzymała, za drugim razem załamała się i podała kontakt na Sosnowiec, mieszkanie siostry Elżbiety. Siostrę i jej współlokatorkę aresztowano i wywieziono do obozu. Gestapo zorganizowało kocioł. Elżbieta, o niczym nie wiedząc, idzie tam, ale w krytycznym momencie daje znać o sobie jej niezwykła intuicja. Zaniepokojona czymś, puka nie do siostry, lecz do sąsiadki. Ta uchyla drzwi i ze strachem szepce: "Niech pani ucieka, bo tu wszędzie gestapo!".
Z ciężką walizą, pełną konspiracyjnych materiałów, Elżbieta, nie oglądając się, wybiega na ulicę. Dopisało jej niewiarygodne szczęście. W mieszkaniu siostry był kocioł, a w mieszkaniu sąsiadki zostawiono tajniaka, by miał oko na wszystko. Akurat wyszedł na chwilę, gdy Elżbieta pukała do drzwi...
Akcja
Dobiega do dworca kolejowego i zostawia walizę w przechowalni bagażu. Od tej chwili czeka na dworcu, by przechwycić dwie kurierki i ostrzec przed niebezpieczeństwem. To wszystko odbywa się z pogwałceniem podstawowych zasad konspiracji, bo kręci się we wszystkie strony i zaczyna zwracać na siebie uwagę. Wie o tym, kwit bagażowy pali ją przez kieszeń płaszcza, ale bezpieczeństwo koleżanek więcej jest dla niej warte. Ostrzegła kurierki, ale niemal w tym momencie czuje, że idzie za nią "cynk". Wsiada do tramwaju z Sosnowca do Katowic. Upewnia się, że jest śledzona. "Dlaczego mnie nie aresztują?". Natłok myśli i ta najgorsza: mam przecież cyjanek... Otrząsa się i zaczyna myśleć racjonalnie: "Skoro mnie jeszcze nie aresztowali, to znaczy, że mają inne plany. Widocznie 'Sara' zeznała, że jestem kurierką z Warszawy. Może chcą poznać moje kontakty"? Kluczy po ulicach Katowic, by się oderwać, ale to się nie udaje. Kwit! Idzie na znany sobie kontakt, do apteki koło dworca, oddając tam kwit bagażowy. Teraz musi myśleć już tylko o sobie. Jej aresztowanie byłoby znacznie gorsze niż zatrzymanie walizki.
W pociągu do Krakowa zajmuje miejsce w przedziale dla Niemców. Rozmowa z siedzącym tam mężczyzną się nie klei. Wreszcie Kraków. Niesłychane! Z okna przedziału widzi na peronie Marię Wittekównę. Gorączkowo pisze na karteczce: "'Sara' sypie. Idą za mną". Po chwili wypada na peron i starając się zachować spokój i naturalną swobodę ruchu, ociera się o Marię, wciskając jej karteczkę. Wsiada do jakiegoś pociągu, który właśnie odjeżdża. Pociąg rozpędza się. Elżbieta podejmuje decyzję. Teraz! Podchodzi do drzwi, otwiera. Skacze! Polski kolejarz przytrzymuje otwarte drzwi, o nic nie pyta. Może już spotkał się z taką sytuacją?
Nowe zadanie
Po powrocie do Warszawy poddana jest swoistej, konspiracyjnej kwarantannie. Włosy stają się rude, a owal twarzy przesłania kapelusz z dużym rondem. Chodzi po ulicach, by się oswoić ze swoim nowym image'em. To nie było tylko dmuchanie na zimne. Gestapo poszukuje listem gończym "Elizabeth Zawacki, geboren in Thorn". W kraju jest spalona. W tym samym czasie Komenda Główna AK poszukuje kandydatki na kuriera do sztabu naczelnego wodza w Londynie. Tematem misji są zasady łączności Londynu z krajem. Szef oddziału łączności zagranicznej mjr Janina Karaś wyznacza na emisariuszkę Elżbietę Zawacką. Oprócz wysokiej oceny pracy kurierskiej na kierunku niemieckim o wyborze decyduje ponownie doskonała znajomość języka niemieckiego. Elżbieta jest dumna, chociaż zadanie jest piekielnie trudne. Uśmiecha się do wspomnień z czasów gimnazjalnych i do sporów z "kongresówami". Jednak te "Niemki" z Torunia przydały się w pracy dla Ojczyzny...
Paryż, Bordeaux
Po starannych przygotowaniach polegających na zapoznaniu się ze wszystkim, co dotyczy polskiego życia politycznego na uchodźstwie, Elżbieta jedzie znanym sobie szlakiem do Paryża. Stamtąd francuski ruch oporu ma ją przeprowadzić przez Pireneje. Niestety, operacja w ostatniej chwili zostaje odwołana. Wsypa. Druga próba - przez Bordeaux - zostaje przerwana z powodu jakichś nieprzewidzianych okoliczności. "Zo" wraca do Warszawy, nie ma mowy o dalszych improwizacjach. Wszystko musi być przewidywalne i dobrze przygotowane.
Wreszcie w Londynie
W Warszawie aktualizują jej pocztę, która mieści się teraz w dwu banalnych drobiazgach: zgrabnej zapalniczce i kluczu z wykręcanym trzpieniem, w którym mieści się mikrofilm. Resztę przekaże ustnie. Znowu Paryż i udana tym razem przeprawa przez Pireneje. 4 maja 1943 r. melduje się w Oddziale VI Sztabu Naczelnego Wodza! Przekazuje pocztę i dzień po dniu uczy się i zapamiętuje zasady łączności z krajem. Zostaje przyjęta przez premiera Władysława Sikorskiego. Był bardzo zmęczony i zatroskany. Wybierał się w podróż na wschód, do generała Andersa. Ponieważ pobyt "Zo" w Londynie zapowiadał się na dłużej, powiedział, że chce się z nią widzieć po powrocie. Wkrótce zginął w wodach Gibraltaru. Przyjął ją także prezydent Władysław Raczkiewicz, który chłonął każde słowo o sytuacji w kraju. Mieli wiele wspólnych tematów, bo przecież przez ostatnie trzy przedwojenne lata Raczkiewicz był wojewodą pomorskim, miał siedzibę w Toruniu. Wielkie zainteresowanie sprawami okupowanego kraju wykazał Stanisław Mikołajczyk, dopytując się o najdrobniejsze szczegóły.
"No to skoczę...!"
Tymczasem Warszawa depeszowała, że "Zo" ma wracać do kraju, by dokończyć zadanie. Oficerowie ze sztabu nie kwapili się jednak z organizacją jej powrotu. Mieli swoje zadania, a sprawy nie można było załatwić z dnia na dzień. Wreszcie któryś powiedział zdawkowo: "Tego się nie da zrobić, musiałaby pani wyskoczyć w nocy ze spadochronem". "No to skoczę" - odpowiedziała bez namysłu...
Trafiła do grupy cichociemnych przygotowujących się do nocnego skoku nad okupowanym krajem.
Była noc z 9 na 10 września 1943 roku. Skakała jako pierwsza. Usłyszała tylko przeciągłe "Goo..!" rozprowadzającego i otoczyła ją ciemność. "Straciłam władzę nad sobą, ale to był cudny lot! Ziemia zbliżała się szybko. Jeszcze w powietrzu wykrzyczałam hasło. Byłam pierwsza, więc dowódca przyjmującego nas oddziału chwycił mnie w objęcia. Po chwili osłupiał i aż odskoczył z wrażenia: 'Kobieta!'".
Powstanie
Podlegała Komendzie Głównej, więc szła do Powstania Warszawskiego w drugim rzucie. Pierwszy rzut to byli żołnierze Okręgu Warszawskiego AK "Montera". Oszczędzano ją, była przewidziana jako emisariuszka z wieściami z powstańczej Warszawy. Bez rozkazu zaangażowała się do pracy w łączności, w szpitalu powstańczym i w akcjach przeciwpożarowych. Pod koniec powstania Jan Nowak-Jeziorański został wyznaczony przez Komendę Główną jako emisariusz do Londynu. "Zo" miała go przeprowadzić znaną trasą, jednak do tej wspólnej wyprawy już nie doszło. Powstanie kapitulowało. Elżbieta z grupą cywilów wychodzi z Warszawy i dociera do Szymanowa.
Takie chwile się pamięta
Podchodzi do furty klasztornej i prosi siostrę Asumptę. W podpince kubraka ma wszyty kawałek jedwabiu z podpisem gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego i rozkazem: "Każdy członek AK zobowiązany jest pomóc w jak najszybszym dotarciu 'Zo' i przesyłki do Krakowa". Siostra Asumpta przyklęka i z płaczem całuje ten skrawek. Elżbieta jest głęboko wzruszona jej ufnością i oddaniem sprawie. To jedno z najbardziej przejmujących wspomnień z całego życia.
Nazajutrz jest już w Krakowie. Od komendy okręgu dostaje łączniczkę, szyfrantkę i aparat. Zawiadamia Londyn, że "Zagroda", wydział łączności zagranicznej ZWZ-AK, odtwarza się w Krakowie i przygotowuje przerzut kuriera do Londynu.
Żyć "normalnie"?
W styczniu 1945 r., po rozwiązaniu Armii Krajowej, wraca do Torunia. Rodzice, dzięki Bogu, żywi i zdrowi. Elżbieta dręczy się myślami o siostrze, ale i ona wraca szczęśliwie z obozu. Teraz można pomarzyć o "normalnym" życiu, o dokończeniu studiów matematycznych i o doktoracie. Tymczasem szuka pracy nauczycielskiej. Coraz bardziej przekonuje się jednak, że w "nowej" Polsce może zabraknąć miejsca na ideały, które kierowały jej dotychczasowym życiem. Bezpieka, pod opieką "sowietników" z NKWD, realizuje pod hasłami "demokracji" prawdziwie antydemokratyczne bezprawie. Wielu chłopców z oddziałów zbrojnych, mimo formalnego rozwiązania AK, pozostaje w lesie. Silna jest także antykomunistyczna partyzantka narodowa. Narasta powszechny opór społeczny przybierający różne formy, także te znane z czasów wojennej okupacji. Elżbieta jedzie do Warszawy. Tu ostatecznie się przekonuje, że dla Polaków wojna jeszcze się nie zakończyła. Podejmuje na nowo pracę konspiracyjną, wstępując do Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość - obszar zachodni. Otrzymuje zadania w zakresie łączności i propagandy.
Więzienie
Następują aresztowania. Kapitan Elżbieta Zawacka jest zbyt znana, by pozostać anonimowa. Staje przed komunistycznym sądem. Wyrok: 10 lat więzienia. Do więzienia trafiali wówczas najwartościowsi, najofiarniejsi konspiratorzy czasów okupacji. Teraz liczyło się tylko posłuszeństwo i bezwarunkowe podporządkowanie opcji sowieckiej. Zresztą najgorsze dopiero nadchodziło.
Po śledztwie na Mokotowie "Zo" trafia do więzienia w Bydgoszczy Fordonie, potem do Bojanowa. Tam mogła wrócić do swej matematyki. W Bojanowie siedzieli bowiem młodzi ludzie, w tym wielu politycznych, na przykład 17-letnia Tereska Blockówna ze Starogardu skazana na 9 lat więzienia za antykomunistyczne ulotki i niszczenie portretów Stalina. Elżbieta Zawacka uczy tę młodzież - nie tylko matematyki.
W tym samym czasie przełożona "Zo" z PWK, generał Maria Wittekówna, w czasie wojny szefowa Wojskowej Służby Kobiet (WSK) w Komendzie Głównej ZWZ-AK, próbuje w warunkach "demokracji" typu sowieckiego kontynuować patriotyczną pracę w ruchu kobiet polskich, angażując się przez pewien czas w organizacji Służba Polsce jako szefowa Wydziału Kobiecego. Niepogodzona z ideologią i metodami pracy zostanie aresztowana i tak jak "Zo" uwięziona (1949). Taka była zapłata za postawę "godną Polki imienia".
Misja
Elżbieta Zawacka "Zo" opuściła więzienie w roku 1955 i powróciła do pracy z młodzieżą. Nigdy nie straciła nadziei i pogody ducha, którymi zawsze promieniowała na swe otoczenie. Po roku 1990, mimo poważnego już wieku, podjęła się organizacji nowego przedsięwzięcia: Fundacji Archiwum i Muzeum Pomorskie Armii Krajowej oraz Wojskowej Służby Polek w Toruniu. Fundacja gromadzi wszelkie dokumenty, zdjęcia i pamiątki dotyczące służby kobiet "godnych Polki imienia" - od Emilii Plater do czasów najnowszych. Organizuje wystawy i konferencje.
Pani kapitan została awansowana na pułkownika, od roku zaś, z woli prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jest już generałem. W roku 1995 prezydent RP wręczył jej Order Orła Białego - najwyższe polskie odznaczenie. W roku 2002 Instytut Pamięci Narodowej przyznał jej tytuł Kustosza Pamięci Narodowej. Jednak ani stopnie, ani ordery, ani tytuły nie są dla niej najważniejsze. Generał Elżbieta Zawacka pragnie, by jej Fundacja wzrastała przez liczne pamiątki przeszłości i oddanych jej całym sercem ludzi, którzy - tak jak ona - pragną złożyć hołd kobietom polskim, znanym i nieznanym bohaterkom naszej cierniowej drogi do niepodległości.
Piotr Szubarczyk
IPN Gdańsk
Autor wykorzystał relację Elżbiety Zawackiej "Zo" zawartą w filmie dokumentalnym "Pseudonim 'Zo'", zrealizowanym przez ośrodek bydgoski Telewizji Polskiej.
"Nasz Dziennik" 2007-12-29
Autor: wa