Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Ani ugody, ani sprawców

Treść

Osiem lat trwa już batalia Roberta Sobkowicza, fotoreportera "Naszego Dziennika", który stara się uzyskać od policji odszkodowanie i przeprosiny za utratę oka i trwałe kalectwo. W 1999 roku podczas pacyfikacji manifestacji pracowników radomskiego "Łucznika" jeden z funkcjonariuszy policji z premedytacją wystrzelił do naszego dziennikarza. Od uderzenia gumowej kuli Robert Sobkowicz stracił oko. Mimo składanych przez kolejnych szefów MSWiA i policji zapewnień o chęci polubownego załatwienia sprawy do chwili obecnej fotoreporter nie usłyszał nawet przeprosin. Policja nie czuje się w obowiązku pokryć kosztów niezbędnego leczenia i przeciąga sprawę... a ZUS domaga się zwrotu renty.

- Ta gehenna trwa już osiem lat. ZUS, policja, sądy, prokurator, odkładane rozprawy, kolejne badania, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, kolejne ekspertyzy, które nie prowadzą do niczego. Powoli zaczynam tracić nadzieję - mówi Robert Sobkowicz, fotoreporter "Naszego Dziennika".
W czerwcu 1999 roku Robert Sobkowicz wraz z grupą dziennikarzy obserwował manifestację pracowników radomskiego "Łucznika" w Warszawie. Doszło do starć robotników z policją. Tuż przy stojących dziennikarzach policyjna gumowa kula trafiła w klatkę piersiową jednego z demonstrantów. Zalany krwią upadł na ziemię. Sobkowicz podbiegł do leżącego i zaczął robić zdjęcia. Kolejna kula wystrzelona przez jednego z funkcjonariuszy trafiła go w twarz. Postrzał spowodował, że fotoreporter stracił oko. W wyniku intensywnego i kosztownego leczenia Robert pokonał cierpienie. Mimo tego, że widzi tylko na jedno oko, nadal wykonuje zawód fotoreportera. To, że się nie poddał inwalidztwu, walczy i realizuje się zawodowo, spowodowało, iż ZUS, który od 2004 roku po decyzji warszawskiego sądu apelacyjnego musi wypłacać mu niewielką rentę, w minimalnym stopniu pokrywającą koszty terapii... teraz domaga się zwrotu pieniędzy. Bowiem - zdaniem ZUS - skoro fotoreporter pracuje w swoim zawodzie, "jednooczność to nie inwalidztwo" (sic!). Orzeczenie lekarskie nie pozostawia jednak cienia wątpliwości: "(...) pęknięcie gałki ocznej prawej z całkowitym wypadnięciem tkanek oka, rany powieki górnej o długości ok. 4 cm, rana szarpana powieki dolnej - 9 cm, ze złamaniem dolnej ściany oczodołu prawego. Obrażenia stanowią o ciężkim trwałym kalectwie powodującym znaczną niezdolność do pracy w zawodzie (...)".
- Pracuję w zawodzie, ale nie na takim poziomie i w takim stopniu, jak mógłbym to robić, gdybym nie stracił oka. Jest wiele rzeczy, np. manifestacje, których już jako fotograf nie będę w stanie obsłużyć. Być może ZUS wolałby, żebym przeszedł na rentę, próbował żyć za 400 złotych zasiłku wyciągniętych z kieszeni podatnika - mówi Sobkowicz.
"(...) Do dziennikarza nikt na pewno nie strzelał specjalnie, te czasy się skończyły (...)"- zapewniał wówczas generał Siewierski, w 1999 r. dyrektor Biura Koordynacji Służby Prewencyjnej w KGP. Nie mówił prawdy. Jak pokazał czas i badania powołanych biegłych - w 2002 roku po dwuletnim przetrzymywaniu akt sprawy przez prokuraturę Sobkowicz zdecydował się na wytoczenie policji procesu cywilnego - był to celowy i umyślny strzał policjanta. Co więcej okazało się, że nie może być mowy o przypadkowym rozrzucie - w momencie strzału nieustalony do dziś personalnie funkcjonariusz celował w twarz dziennikarza. Kłamał też ówczesny minister spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka - Janusz Tomaszewski, który biorąc w imieniu policji odpowiedzialność za całe zdarzenie zadeklarował, że dziennikarz otrzyma finansowe odszkodowanie niezbędne do opłacenia kosztów leczenia.
Podobnie jak Tomaszewski, kłamali też kolejni szefowie resortów spraw wewnętrznych i sprawiedliwości, "niepokojeni" corocznie przez kolegów Roberta Sobkowicza z innych mediów petycjami z prośbą o nadzór nad postępowaniem, wyciągnięcie konsekwencji wobec uczestniczących w akcji policjantów i wywiązanie się z deklaracji finansowych. Tak było w lipcu 2004 roku, kiedy to fotoreporterzy pracujący w Sejmie na znak solidarności z naszym fotoreporterem przyszli ubrani w koszulki z wizerunkiem krwawiącego oka i napisem "mamy na was oko" oraz kiedy to minister Marek Sadowski zapewniał o osobistej interwencji w tej sprawie. Tak było też w 2006 roku, kiedy to ówczesny szef MSWiA Ludwik Dorn po otrzymaniu dziennikarskiej petycji zapewniał o szybkim zakończeniu całej sprawy. Żaden z nich nie wywiązał się ze swoich zobowiązań. Kłamali.

Bez wyroku nie zapłacą
- Trwa postępowanie w tej sprawie kolejny rok, w kwietniu prawdopodobnie będę przesłuchany, ale szybko się to nie zakończy, policja robi wszystko, co może, by sprawę przeciągnąć - mówi Robert Sobkowicz. Osiem lat po całym wydarzeniu - można być pewnym jednego: bandyta w policyjnym mundurze, który z premedytacją okaleczył wykonującego swój zawód fotoreportera, pozostanie bezkarny. Nigdy nie poniesie żadnych konsekwencji służbowych i dyscyplinarnych. Anonimowość zagwarantowało mu milczenie kolegów pacyfikujących demonstrację i prokuratorska nieudolność. W czerwcu 2000 roku umorzono bowiem prokuratorskie postępowanie, a prokurator Jolanta Kołakowska wystosowała specjalne uzasadnienie przypominające czasy głębokiego PRL. "Osoby postronne - z prasy i telewizji - obecne na miejscu zdarzeń nie podporządkowały się wydawanym poleceniom i nie opuściły miejsca zagrożenia" - napisała prokurator. Pewne jest też to, że policja, mimo wielokrotnie składanych deklaracji i oświadczeń - również na użytek mediów - robi wszystko, by się z nich nie wywiązać. 18 lipca 2006 roku, po nagłośnieniu sprawy tragedii Roberta Sobkowicza, dyrektor biura komunikacji społecznej Komendy Głównej Policji Paweł Biedziak zapewniał, że policja kończy analizować sprawę i przygotuje projekt ugody akceptowalnej przez obie strony. "Policja porównuje tę sytuację z podobnymi, w których zawiniła i gdzie wypłacano odszkodowanie. Robi to po to, by określić kwotę możliwą do zaproponowania. Jak już się z tym upora, skontaktuje się z pokrzywdzonym Robertem Sobkowiczem" - tak zapewniał Biedziak w lipcu ubiegłego roku w rozmowie z "Naszym Dziennikiem". Kłamał.
- Nikt się ze mną nie kontaktował - puentuje Robert Sobkowicz.
- W bajki wierzycie? Jak nie będzie wyroku, to nikt nie zapłaci. Solidarność koleżeńska. My nie przyznajemy się do błędów - mówi nasz rozmówca, były funkcjonariusz policji, proszący o zachowanie anonimowości.

Policjanci nietykalni?
Gdy zainteresowanie mediów wygasło, policja występuje o powołanie kolejnych biegłych i przygotowanie kolejnych ekspertyz, które przeciągną sprawę. Biegłych ze szkoły policyjnej w Szczytnie. Przedstawiciele Komendy Głównej Policji mogą sobie pozwolić na taką "zabawę", jedyna bowiem instytucja w kraju niezwiązana z organami ścigania, która dysponuje narzędziami pozwalającymi na przygotowanie wiarygodnej ekspertyzy - Akademia Obrony Narodowej odmawia skontrolowania prawidłowości działań policji (sic!) i sprawdzenia, czy użycie broni gładkolufowej było zgodne z prawem. Oznacza to, że policjanci pacyfikujący demonstracje czy starcia uliczne pozbawieni są jakiejkolwiek - poza nadzorem przełożonych - kontroli. "Uprzejmie informuję, że Akademia Obrony Narodowej nie może się podjąć wydania opinii w przedmiotowej sprawie ze względu na brak odpowiedniego zaplecza (...)" - tak kuriozalnie argumentuje w piśmie z 17 sierpnia 2006 roku generał brygady dr Gustaw Maj. Taką decyzję podtrzymuje 27 grudnia 2006 roku generał brygady Zenon Smutniak.
- Akademia Obrony Narodowej jako jedyna w Polsce posiada Instytut Bezpieczeństwa Narodowego, Zakład Obrony Cywilnej oraz Zakład Strategii Wojskowej, a więc odpowiednią kadrę naukową. Niezrozumiała odmowa oznacza, że dla przeprowadzenia dowodu w tym zakresie pozostaje sam pozwany - Wyższa Szkoła Policji w Szczytnie, co oczywiście jest nie do przyjęcia, by był sędzią we własnej sprawie - mówi mecenas Krystyna Kosińska, reprezentująca fotoreportera.
Walka Roberta Sobkowicza o sprawiedliwość trwa już osiem lat i najprawdopodobniej potrwa jeszcze kilka. On sam powoli przestaje wierzyć w sprawiedliwość. - Na każdy wyjazd na leczenie potrzebuję pewną kwotę. Powinienem jeździć co roku, ale na to mnie nie stać. Ostatni raz byłem trzy lata temu. To są koszty, które będę ponosić do końca życia - mówi Sobkowicz.
Wojciech Wybranowski
"Nasz Dziennik" 2007-03-22

Autor: wa