Analiza Niemcom wolno, nam nie
Treść
Nie stać nas na to, żeby nas nie było stać - powiedział w exposé premier Marcinkiewicz i dodał, że w polityce rządu zamierza skończyć z logiką księgowego. Nie jest przypadkiem, że właśnie to zdanie tak bardzo wzburzyło lidera Platformy Obywatelskiej Donalda Tuska, a w ślad za nim niektórych dziennikarzy, polityków i ekonomistów. Rzecz w tym, że stanowi ono wyraźną zapowiedź zwrotu w polityce obecnego gabinetu, który można zamknąć w słowach "pragmatyzm zamiast neoliberalnego doktrynerstwa".
Marcinkiewicz jest pierwszym od 1989 r. premierem, który odrzucił omnipotencję "niewidzialnej ręki rynku" i zamierza prowadzić realną politykę gospodarczą państwa. To ostatni dzwonek, by uczynić taki zwrot. Liberalizm zaszczepiony w Polsce na komunizmie nie przyniósł spodziewanych owoców - zamiast zbudowania prężnej gospodarki i dostatniego społeczeństwa wywołał permanentny zastój i zubożenie większości Polaków. Rozwój gospodarczy widać tylko we wskaźnikach publikowanych na pierwszych stronach gazet i w astronomicznych zarobkach menedżerów zagranicznych koncernów, ale nie w portfelach zamówień małych i średnich polskich firm ani tym bardziej w portfelach obywateli. Gospodarka dotknięta wewnętrzną nierównowagą stopniowo upodabnia Polskę - średni kraj europejski, do bananowych republik ze slumsami, niskimi standardami prawa pracy i rzeszą głodnych dzieci. Ktoś wreszcie musiał zdobyć się na odwagę i oświadczyć, że tak dalej nie może być - że gospodarka jest dla ludzi, a nie ludzie dla gospodarki.
Lawina zarzutów
Zanim jeszcze premier zdołał poczynić pierwsze kroki, w mediach już ruszyła fala krytyki. Oczywiście krytyka jest zjawiskiem normalnym, ze wszech miar pożądanym. Musi jednak spełniać jeden warunek - posługiwać się argumentami. Tymczasem premierowi dostaje się za to, czego nie tylko nie zrobił, ale nawet nie powiedział. Czy można poważnie traktować publicystę, który zarzuca obecnemu rządowi zamiar odejścia od gospodarki rynkowej na rzecz ręcznego sterowania czy podejrzewa o sentyment do praktyk realnego socjalizmu? Albo oskarża całkowicie bezpodstawnie o to, że chce powiększyć deficyt budżetowy (nawet minister Lubińska nie mówiła o powiększeniu deficytu, lecz tylko o jego mniejszej redukcji). To znowu apeluje o wyznaczenie daty przyjęcia przez Polskę euro, chociaż traktat akcesyjny pozostawił decyzję o terminie woli państw członkowskich, a sama eurostrefa trzeszczy obecnie w szwach i nie wiadomo, czy się utrzyma. A co powiedzieć o profesorze, który zalicza ekonomię do nauk ścisłych i traktuje przestawienie akcentów w polityce ekonomicznej niczym zaprzeczenie, że dwa plus dwa jest cztery?
Obecny atak medialny na rząd Marcinkiewicza jest z pewnością pochodną tego, iż przez całe minione 16-lecie w naszym kraju nie dopuszczano do poważnej debaty na temat zalet i wad poszczególnych teorii ekonomicznych. Zamiast tego niepodzielnie panowała liberalna ortodoksja, której przywódcą i mentorem pozostawał prof. Leszek Balcerowicz. Spowodowało to wśród wielu osób - ekonomistów, polityków i dziennikarzy - swoiste skrzywienie ideologiczne, które teraz nie pozwala im podchodzić bez uprzedzenia do zmiany gospodarczej optyki zaproponowanej przez premiera Marcinkiewicza.
Niemieckie pomysły na wzrost gospodarczy
Z pomocą naszemu rządowi nieoczekiwanie przyszedł rozwój wypadków na arenie międzynarodowej. Traf chciał, że niemal równolegle do gabinetu Marcinkiewicza w Niemczech powstał rząd Angeli Merkel i ogłosił swój program. I co się okazało? Oto Niemcy, filar eurostrefy, zamierzają ruszyć z miejsca swoją gospodarkę... zwiększając deficyt budżetowy, podnosząc podatki i wprowadzając rządowy pakiet inwestycji w infrastrukturę!
- Żeby pacjent przeżył - tłumaczy pani Merkel. Na dodatek Niemcy podejmą ostrą walkę z nielegalnym zatrudnieniem obcokrajowców z Unii, wprowadzą minimalne stawki godzinowe dla zatrudnionych legalnie i usuną ze swego rynku te firmy zagraniczne, które nie prowadzą "istotnej działalności". I cisza. Nikt w Polsce nie zdobył się na skandalizujący komentarz.
Chciałoby się zapytać: gdzie jesteście, dzielni panowie ekonomiści, redaktorzy, którzy tak bijecie w rząd Marcinkiewicza?! Dlaczego nie piszecie, że niemiecka wielka koalicja odchodzi od Traktatu z Maastricht, łamie zasady Unii Europejskiej, uprawia keynesizm i doprowadzi niemiecką gospodarkę do ruiny? Widać pani Merkel nie zna się na ekonomii... Dlaczego milczy Donald Tusk?!
Ale żarty na bok. Oszczędźmy naszych "ekspertów", bo niemiecki prztyczek, po dwóch polskich - może zamknąć im usta na zawsze. I kto będzie wtedy łajał naszego premiera i Radę Ministrów? Chodzi zaś o to, by dzisiejsi krytycy wyciągnęli z tej wpadki naukę. Przede wszystkim powinni zdać sobie sprawę, że ekonomia to nauka społeczna, a nie ścisła. Owszem, rządzi się własnymi prawami, ale natura tych praw bardziej przypomina prawa występujące w przyrodzie niż równania matematyczne. Gospodarka to nie abstrakcyjny model, lecz realne życie. Zadaniem polityka, który dzierży ster gospodarki, jest umiejętne wykorzystywanie reguł ekonomicznych dla dobra społeczeństwa i ekonomicznego rozwoju. To, co w określonej sytuacji jest dobre, w innej może okazać się zabójcze. W Polsce kontynuacja dotychczasowej polityki, a raczej braku polityki gospodarczej, byłaby dla kraju i jego mieszkańców zabójcza. Platforma, zapatrzona w doktrynerski liberalizm, zupełnie tego nie rozumiała. Dlatego wygrało PiS. I naprawdę nikt tego nie żałuje.
Małgorzata Goss
"Nasz Dziennik" 15 listopada 2005
Autor: mj