Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Adwokacki chwyt, polityczny błąd

Treść

Kolejne przesłuchania przed sejmową komisją śledczą przyćmiła wypowiedź byłego premiera Leszka Millera, który zapowiedział, że nie podpisze protokołu ze swojego przesłuchania. Argumentuje to tym, że zeznania zostały upublicznione i rozdane dziennikarzom, jeszcze zanim je podpisał. Dodaje, że 3 grudnia, gdy zeznawał, czuł już dolegliwości, przez które znalazł się w szpitalu. Członkowie komisji twierdzą, że brak podpisu Millera nie uchroni go od odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań.
Przypomnijmy, że zeznając dzień po dniu, Leszek Miller zmienił swoje zeznania dotyczące rozmowy z Janem Kulczykiem. Najpierw podczas tajnego posiedzenia powiedział, że widział się z biznesmenem po odtajnieniu notatek Agencji Wywiadu w kancelarii premiera lub pałacyku Sobańskich. Nie był też pewny, kto jeszcze brał udział w spotkaniu, nie potrafił wykluczyć obecności m.in. marszałka Sejmu Józefa Oleksego czy szefa SLD Krzysztofa Janika. Dzień później pamiętał już bardzo dobrze - spotkania nie było, tylko rozmowa telefoniczna. Posłowie z komisji śledczej zapowiedzieli złożenie wniosku o składanie fałszywych zeznań przez posła SLD. Dzień później Miller znalazł się w szpitalu - zarówno "pomyłki" w swoich zeznaniach, jak i tę wizytę tłumaczył dolegliwościami neurologicznymi po ubiegłorocznym wypadku rządowego śmigłowca. Wczoraj pojawił się w Sejmie, gdzie poinformował dziennikarzy o swojej decyzji - nie podpisze protokołu z tajnego posiedzenia.
- Politycznie mu się dziwię, ale jako prawnik nie - skomentował decyzję Millera Roman Giertych. Nieoficjalnie mówi się, że Millerowi takie rozwiązanie doradził mec. Wojciech Tomczyk, znany adwokat i obrońca m.in. Oleksego, Lwa Rywina czy Zbigniewa Sobotki. Według wciąż niepotwierdzonych informacji, Tomczyk współpracuje z mec. Janem Widackim w ustalaniu taktyki Jana Kulczyka.
Posłowie zapowiadają, że decyzja Millera nie storpeduje planów złożenia doniesienia o popełnieniu przez niego przestępstwa. Według nich, możliwe jest uznanie zeznań świadka za złożone po tym, jak nagranie porówna ze stenogramem i podpisze prokurator.
Wczoraj przed komisją jawnie zeznawał dyrektor Biura Postępowania Przygotowawczego w Prokuraturze Krajowej prok. Jerzy Zientek. Podkreślił m.in., że nie może wykluczyć, iż prok. Katarzyna Kalinowska, która decydowała o zatrzymaniu prezesa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego, została wprowadzona w błąd przez Urząd Ochrony Państwa. Ujawnił też, że już po rozpoczęciu prac przez sejmową komisję śledczą zwrócił się do Prokuratury Okręgowej w Warszawie o ujawnienie wszystkich postępowań, w których pojawia się spółka J&S. Okazało się, że 16 października 2002 r. prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w związku z zawiadomieniem o przestępstwie złożonym przez Jacka R., pracownika J&S. Przedmiotem tego postępowania było badanie, czy w kontraktach sprzedaży niskosiarkowej ropy przez PKN Orlen, co było również badane przez ABW z Bydgoszczy, "nie było przejawów niegospodarności i braku troski o interesy państwa i tej spółki".
Wczoraj po południu Roman Giertych zaprezentował swoją wersję wstępnego raportu komisji śledczej. Według posła LPR, jest to realizacja obietnicy złożonej prezydium Sejmu, że komisja do 13 grudnia przygotuje opracowanie, do czego już doszła. Giertych zaznaczył, że wiele tez z jego raportu wymaga jeszcze pogłębienia i udowodnienia, ale dokumenty i zeznania, jakie posiada komisja, pozwalają na stwierdzenie, że w całej tzw. aferze Orlengate chodziło o próbę zawłaszczenia polskiego sektora naftowego. Zdaniem Giertycha, komisja ma dowody, że "na zapleczu Ministerstwa Skarbu Państwa, Kancelarii Premiera, Kancelarii Prezydenta i wielkiego biznesu" funkcjonował spisek, który miał prowadzić do wyprzedania polskiego sektora energetycznego rosyjskim firmom.
Giertych uważa, że w raporcie dotyczącym wątku zatrzymania prezesa Modrzejewskiego muszą znaleźć się wnioski o pociągnięcie do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu premiera Millera i byłej minister sprawiedliwości Barbary Piwnik. Odpowiedzialność karna miałaby dotyczyć byłego p.o. szefa UOP Zbigniewa Siemiątkowskiego za niedopełnienie obowiązków nadzorczych, a dyscyplinarna dwojga prokuratorów: Kalinowskiej oraz Zbigniewa Ordanika. Zdaniem Giertycha, komisja potrzebuje jeszcze 4-5 miesięcy na zakończenie zbierania dowodów. Tłumaczy, że zaprezentował swój projekt, gdyż był przekonany, iż to jego "ostatni tydzień w komisji". Odwołania Giertycha żądają SLD i SdPl. Jak jednak poinformował wieczorem Józef Oleksy, zmienił się rozkład głosów w Prezydium Sejmu i głosowania w Sejmie nad odwołaniem Józefa Gruszki i Giertycha nie będzie.
Mikołaj Wójcik

"Nasz Dziennik" 2004-12-14

Autor: kl